Czas na zmiany

0

zmiana zegarMoja mama mówi, że kamień który leży w miejscu obrasta mchem. Lubię „toczyć” się.  Chcę, żeby działo się:) CZAS NA ZMIANY- DUŻE:) Każda zmiana dla mnie, to rozwój, to szukanie inspiracji, odkrywanie. Spotykanie nowych ludzi, dzielenie się moim doświadczeniem, przemyśleniami i słuchanie tego co inni zrobili, odkryli.  Czerpanie z ich wiedzy i mądrości. Zmianie towarzyszy chwila zatrzymania. Zadanie sobie pytania gdzie jestem? Dokąd zmierzam? Gdzie będę za rok, dwa? Co jest moje, a co innych? Kiedy boisz się zmian, jesteś jak ten kamień. Obrastasz mchem, pokrywasz się nalotem, przestajesz lśnić i błyszczeć. Kiedy kamień „toczy” się mech wyciera się, odrywa.  Woda, wiatr, deszcz, inne kamienie, żwir, słońce polerują  go.  Sprawiają, że pokazuje się jego prawdziwy koloryt. Zaczyna błyszczeć.

Ile masz na sobie mchu? Co go tworzy? Co możesz zrobić, żeby ruszyć się z miejsca? Wolisz obrastać czy błyszczeć? Co jest Twoją wodą, żwirem, innymi kamieniami, słońcem? W drogę:)

Nie rycz jak Baba!

zielone_oko_smutna_lza  Siedziałam w ulubionym „Cynaminie”, ciesząc się popołudniowym słońcem, które zaglądało ciekawym okiem w moje latte i oplatało długim, promiennym ramieniem lody cynamonowe ze śliwkami. Lody przyjmowały te pieszczoty, zmieniając z każdą sekundą swój stan skupienia. Ja też topniałam, delektując się chwilą:)

 -Jestem tradycjonalistą-powiedział starszy Pan do swojego kolegi przy stoliku obok. Kiedy mój wnuczek płacze, mówię do niego:

  -Nie rycz jak baba! I dodał: przecież to ma być facet!

WOW! Ta wypowiedź uruchomiła we mnie lawinę! Poruszyła „babskie” ego i wyzwoliła „wojownika”! „Spokojnie” pomyślałam. Spokojnie :)

-A dlaczego jak Baba? – zapytałam. Pan zaniemówił. „Zaniemówienie” trwało kilka sekund. Po czym wziąwszy głęboki oddech odparował: -Bo faceci nie płaczą! Ta odkrywcza myśl spowodowała, że na twarzy obu Panów pojawił się szeroki uśmiech:)

-To wystarczy powiedzieć nie płacz, przytulić.  Czy tylko Baba płacze? Zapadła niezręczna cisza….

-To kiedy wolno dziecku płakać?- ciagnęłam temat dalej. Pan patrzył na mnie jak na UFO i szukał gorączkowo jakiejś sensownej odpowiedzi. – No jak widzi pająka, to po co płacze? -A jak Pan myśli? – Cisza. – Chyba się boi- odkrywczo skonstatował Pan.

-Czyli pojawiają się jakieś emocje u dziecka, prawda?-zapytałam.- No tak… Pan się głęboko zamyślił.- To co ma zrobić Pana wnuk z tymi emocjami? Cisza. – Facet ma być twardy!- podkreślił Pan. – Co to znaczy?- dociekałam. -Ma nie mieć emocji, to jasne- Pan był wyraźnie z siebie zadowolony. -To co ma z tymi emocjami zrobić? -dopytywałam. Cisza. -No, no…. Nie wiem, zamyślił się Pan. -A co Pan robi ze swoimi emocjami? Cisza. Cisza. Cisza…

-Ile lat ma Pana wnuk?-dociekałam.  -No tylko 5 – z dumą odpowiedział i spojrzał gdzieś daleko przed siebie. Jego kolega patrzył na niego z lekkim uśmieszkiem. Cisza.

  I nagle Pan wrócił z „nieobecności” i powiedział do mnie: – Dziekuję. Uświadomiła mi Pani, że uczę najukochańszego wnuka tego, z czym sam mam problem. Nie radzę sobie z emocjami, a one przecież są w mnie. Powtarzam jak mantrę bezsensowne prawdy wbite mi do głowy przez mojego ojca. Przecież mój wnuk i ja mam prawo odczuwać lęk, radość, żal, złość, ból. Po co ja to robię?- powiedział sam do siebie.

Moje lody zamieniły się w zupę śmietankowo-cynamonową:) Pomimo to zjadłam je ze smakiem.

Czasami warto rozpuścić lody.

Imieniny Grażyny

0

Dziś są moje imieniny….Przychodzą życzenia, dzwonią telefony…Grażyna, co to znaczy?

Imię to pochodzi od litewskiego Gražina (graži – piękna) i zostało wymyslone przez Adama Mickiewicza dla tytułowej bohaterki jego poematu. Kto dzisiaj pamieta o czym był ten utwór?  Ja mówiąc szczerze nie bardzo. Pamiętam, że to była silna kobieta…

Tematem dzieła jest waleczny czyn „niewiasty z wdzięków, a bohatera z ducha” Ha :)

Imię Grażyna ma niebezpośrednie odpowiedniki w innych językach bazujące na podobnym źródłosłowie oznaczającym „piękno”, „grację”: Grace, Grazia, Graziosa,Gratiana.

Na szczególną uwagę zasługuje Gllafira, święta z IV wieku, która tak samo jak mickiewiczowska Grażyna przebierała się za mężczyznę.

A jaka ja jestem? Co daję innym? O jakie zabiegam racje? Czy jestem bohaterem ” z ducha”?

Żeby mi się chciało chcieć

2

  Dawno mnie tu nie było:)

   To znaczy, że byłam zajęta i to bardzo. Dopinałam założone w ubiegłym roku cele! Były wyznaczone terminy, było wiele do zrobienia. I zostało zrobione! Teraz czekam na dobre wieści. To będzie ukoronowanie wytężonej, rocznej pracy. W międzyczasie zrealizowałam coś, co chodziło mi po głowie od 5 lat. Odbyłam 6 dni szkolenia w Poznaniu- dwa weekendy od piątku do niedzieli. Warto było! Po pierwsze wspaniali ludzie, po drugie fantastyczna atmosfera, po trzecie ta wiedza jest taką „wisienką na torcie” mojej wiedzy :)

  Ostatni weekend też roboczo. Prowadziłam warsztaty na festiwalu dla kobiet PROGRESSteron. To  było moje małe zwycięstwo nad sobą! Prowadziłam wykład o chorobie, która 5 lat temu zmieniła moje całe życie. Sama zaproponowałam ten temat – Coaching jako metoda wsparcia w procesie zdrowienia w chorobie nowotworowej.
I poszło! Uśmiechałam się, żartowałam.. Nie było tego ścisku w gardle… Oczy nie miały deszczowej pogody… A przecież temat jest niełatwy, nawet dla osoby, której nie dotyczy bezpośrednio… Dla mnie też był dotąd taki, dopóki się z tym nie zmierzyłam! Zmierzyłam się wiosennie, promiennie, odważnie! Odkryłam w sobie niesamowitą siłę i chęć do głośnego mówienia o lęku, bólu, napadach histerii i smutku. O tym, że wszyscy znajomi i współpracownicy przez prawie dwa lata nie zadzwonili, żeby sie zapytać czy żyję.. Jakbym była trędowata i zarażała.

  Po czasie zrozumiałam, że nikt nas nie uczy wspierania drugiej osoby w trudnych sytuacjach. Oni po prostu nie wiedzieli co mi powiedzieć… Wybaczyłam i im i sobie, tego że nie umiałam powiedzieć czego potrzebuję…Tego, że nie zadzwonili.

   Nie uczą nas jak pozowliić sobie na słabość i płacz. Znaleźć siłę, żeby powiedzieć:

” Boję się „… „Jestem przerażona tym co będzie dalej”….”Chcę tylko, żeby ktoś trzymał mnie za rękę…”, „Ku.., dlaczego ja?!!!” .

   Chciałam zainspirować inne kobiety do zmierzenia się z tematem wsparcia. Chciałam pokazać, że ja jestem przykładem gdy poważna choroba dała mi drugie, lepsze życie! Teraz jestem bardziej świadoma i pogodzona z wieloma tematami. Przepracowałam je i to moja siła! Chcę się dzielić moimi doświadczeniami, może ktoś weźmie z nich coś dla siebie, może zauważy, że nie jest osamotniony w dylematach i problemach.

  Niektórzy pytają mnie: „Po co ci szukanie nowych doświadczeń, zdobywanie nowej wiedzy, poszerzanie świdomości?”  Usiądź na dupie i przestań szukać wrażeń!

 A ja chcę! CHCE MI SIĘ CHCIEĆ! Zarażać pasją, BYĆ!  Wtedy czuję, że świadomie wybieram, że robię coś dla innych! Moje doświadczenie może być inspiracją dla innych do zmiany, do szukania siebie, do wstania rano z łózka i śpiewania, do lepszego życia!

  Dzisiaj wiem, że BYĆ to chcieć, a CHCIEĆ to ŻYĆ! Żyć prawdziwie:)

PS

Dziękuję mojej córce, że trzymała moją rękę z wenflonem, pomimo tego, że mdleje na widok igły, okrywała kocem i pożyczyła swoje MP3. Za to, że nie mówiąc nic dała mi w każdej minucie odczuć, że teraz ja jestem ważna. I za jej odwagę i spokój, który udzielał się również mnie. Dziękuję mojemu obecnemu mężowi za to, że po prostu był obok i cierpliwie znosił bycie ze mną. Za miłość i oddanie, za wielką odpowiedzialność! Za to, że patrzył na mnie z miłością i w jego oczach była akceptacja i wielka siła!

Dziękuję, za to, że umieli mnie wspierać i motywować abym wróciła do normalności i zdrowia.

 

Pączek-słodkie CONIECO

0

 Tłusty czwartek to „dzień Pączka”.

   Podobno tego właśnie dnia statystyczny Polak zjada średnio 2,5 pączka.  Oj:) Jeden pączek niesie  w każdych 100 gramach około 400 kcalorii. Oj:)  Jemy i narzekamy, że tłusto, że tuczące, że trzeba będzie teraz spalić, że od jutra trzy dni postu… OJ! OJ!

Chwila przyjemności, a potem BUM! Poczucie winy i szukanie sposobów zagłuszenia wyrzutów sumienia!

   A ja mam inaczej:)

   Od rana cieszę się z miłej „pączkowej” atmosfery, która powoduje u mnie wzrost zadowolenia. Sprawia mi przyjemność smakowania różanej konfitury oraz oblizywanie paluchów umazanych lukrem :)  Śmiech, żarty, pogaduchy. Oj :) Och jak mi to dobrze robi! A jak mi to dobrze robi na „serducho” to mi to dobrze robi na „głowę”. A jak mi dobrze robi na „głowę”, to dobrze mi robi na system nerwowy. A jak dobrze jest splotom nerwowym, to dobrze mi to robi na zdrowie!

   Nie wnikając w szczegóły analizy biochemicznej procesów zachodzących w moim organizmie, cieszę się chwilą! Jutro będę się cieszyć możliwością pobiegania z psem po lesie, bo pogoda zapowiada się równie pyszna co dzisiaj pączki! A ponieważ idzie weekend, to mam zamiar celebrować wiosenne słoneczko i obrazy krokusami malowane również w sobotę i niedzielę!

Jednym słowem: smacznego NA ZDROWIE!!!

 

Blond, prawie jak Bond:)

1

    Miałam włosy koloru kasztanowego, rude, ciemne jak smoła. Były loki, „mokra włoszka” i pięć kolorów na głowie naraz:) Teraz jestem od kilku lat blondynką i dobrze mi z tym:)

     Dla mnie osobiście  bycie blondynką jest bardzo użyteczne. Po pierwsze farba koloru „holiłódzki” :) blond łatwiej pokrywa siwe włosy. Po drugie  złagodniały moje rysy- nie jestem jak czarna, kracząca wrona (opcjonalnie może być kruk). Po trzecie spokojnie mogę używać mojego ulubionego koloru czarnego w mojej garderobie, bo ładnie komponuje się z blondem. Jest jeszcze po czwarte, piąte i dziesiąte….

 To co mnie najbardziej bawi w byciu Blond to to, że spotykam się ze strony ludzi z szufladkowaniem mnie do przegródki „głupi Blond”. A ja nie wyprowadzam ich z błędu i czekam, aż rozwiną się ze swoimi komentarzami jak „wąż strażacki”, a potem… Obalam mit Blond  i jestem prawie jak Bond:)  Bo nic tak nie „powala” takiego znawcy od Blond, jak krótkie, celne pytanie lub merytoryczna riposta:), okraszona szczerym uśmiechem, jak to Blond ma w zwyczaju:) No i wtedy mamy „film akcji”: Wybuchy złości, fochy, dym uszami idzie, pokrywka „garnka” podskakuje… Jednym słowem  detonacje złości prawie jak w „Royal Cassino” lub „Golden Eye” :):)

    A ja, Blond jak Bond, spokojnym wzrokiem omiatam przestrzeń, posyłam spokojne spojrzenie i uśmiech, rzucam na koniec krótkie: „miłego dnia” i pozostawiam interlokutora z rozdziawioną ze zdziwienia buźką:)

        Bezcenny widok! A jak dobrze działa:) Uśmiecham się do siebie cały dzień:)

Przykład z dzisiaj:

   Wysiadam z samochodu, który ma zaprogramowaną opcję „follow”, czyli światła wyłączają się po 30 sekundach od zamknięcia samochodu. (Jest to super, bo nie muszę pamiętać o światłach. Wersja VIP BLOND :)). Na chodniku stoi Pan w garniturze i kupuje bilet parkingowy. Rzuca szybkie spojrzenie na mój samochód i mówi:

       - Paniusiu, świateł się nie wyłączyło. Zapomniało się co?

Na co ja- zaprawiona w bojach Blond- grzecznie odpowiadam:

     - Ano nie wyłączyło się, bo to samochód dla blondynki… Sam się wyłącza. Z tego powodu moje życie jest przyjemniejsze i prostsze, czego Panu również życzę. Miłego dnia:)

Tadam!!!

  No i Royal Cassino….:)

 

„Chcę robić rzeczy”

2

   Idę. Jestem w drodze. Mam cel. Jasno wytyczony, konkretny, MÓJ!

Tworzę,  czytam, piszę, rysuję, wymyślam nowe! „Robię rzeczy”- jak mówi jeden z moich coachingowych klientów:)

   Tyle fajnych rzeczy dzieje się w trakcie tej podróży! Tyle ciekawych ludzi spotykam! Dostaję od nich ciepłe słowa, uśmiechy :) Dzielą się ze mną swoimi zwycięstwami, radościami! Są też kamienie… kamyczki, lecz one nie  wstrzymują mojej podróży. Wręcz odwrotnie daje większą siłę, energię! Bo jest na co się wspiąć, żeby zobaczyć co dalej. Jest o co oprzeć nogę w chwili postoju na odpoczynek :)

   Osiąganie kolejnych „punktów” sprawia mi olbrzymią frajdę! Kilka osób idzie razem ze mną. I chociaż ich cel jest trochę inny, to kiedy spotykamy się „na szlaku” wspieramy się, pomagamy sobie, wspólnie poszukujemy rozwiązań! Inspiruję i dostaję inspiracje! To jest cudne, pyszne! Dzięki M i K i U :) Dzięki J i J,. A i T i ponownie A i K. Jest jeszcze kilka liter alfabetu, którym dzięki:):)

  Niektórzy pojawiają się i odchodzą. Są jakimś rodzajem „kładki”, który pozwala im i mnie iść dalej.

 Wiem, że teraz idę przez most zawieszony pomiędzy dwoma brzegami. I chociaż jeszcze słyszę gdzieś z tyłu głowy to, co zostawiłam za plecami, to widok tego co przede mną motywuje mnie do stawiania kolejnych kroków.

   Gdy myślę o tym, że każdy dzień jest przygodą, moje życie jest jak niekończące się wakacje!!!

 

Kto mieszka we mnie?

0

Często zadawałam sobie – i czasami nadal zadaję- pytanie: kim jestem? Co mam do zrobienia tu na ziemi? Co mogę dać innym? Skąd mam czerpać energię i siłę?

    Żeby poznać odpowiedź na te pytania, przeszłam długą i wyboistą drogą. Ta droga rozpoczęła się gdzieś na łące pachnącej trawą, makami i chabrami. Szumiącej jednostajną melodią dojrzewającego żyta, którego złociste łany rozgarniał  powiew ciepłego wiatru od rzeki…

   Obraz małej dziewczynki z wiankiem z polnych kwiatów na głowie, biegnącej przez dziadkowe pole, jest we mnie synonimem beztroski, poczucia bezpieczeństwa, radości i wolności!

   Lipcowe chrabąszcze strącane w locie i zbierane do słoika w zgrai takich jak ja małolatów, wyprawy na ryby z moimi kuzynami i kuzynkami oraz tatą, grzybobrania, wyprawy na zbieranie orzechów laskowych, wieczorne ognisko z pieczeniem chleba polanego wodą i ziemniakami zakopywanymi w popiele…Obserwacja kaczki opiekującej się kaczątkami, które jak złote puszyste kulki wtaczały się w „otchłań deszczowej” kałuży..Niektóre robiły to najpierw niezgrabnie. Potem nabierały odwagi, ćwiczyły pod okiem mamy, żeby z czasem stać się „miszczami” :) Prawdziwa przygoda w realu!

„Niech żyje wolność, wolność i swoboda…”

Jako dziewczynka lubiłam robić kilka rzeczy. Kilku nie lubiłam. Kilku nie znosiłam, buntowałam się. Próbowałam. Doświadczałam. Upadałam i otrzepywałam się biegnąc dalej.

   Te obrazy i doświadczenia zostały we mnie do dzisiaj. Ukształtowały mnie jako nastolatkę, kobietę, matkę.

   Nadal lubię cieszyć się dziecięcą radością, czuć wiatr na włosach, patrzeć w przestrzeń. Do życia potrzebna mi wolność. Wolność myślenia, mówienia, działania, próbowania. Wolność wyboru. Pozwalałam moim „kaczuszkom” wskakiwać na szerokie wody :), napić się wody, doświadczać i uczyć się pływać. Zawsze byłam obok, aby czuły, że gdy ryzyko przekroczy rozsądne granice, złapię je za kark i wyciągnę z „kałuży”.

   Nadal lubię „być w drodze”. Odkrywać, doświadczać, wspinać się ku szczytowi. W tej wspinaczce nie jest ważne osiągniecie szczytu lecz sama droga. Uśmiech spotkanych innych wędrowców, danie uśmiechu. Pomocna dłoń i ciepło gorącej herbaty, którą z kimś się podzielę.  Wieczorne rozmowy przy ognisku i możliwość patrzenia w gwiazdy.. Podróż zdecydowanie z kimś! Rozmowa z kimś! Szaleństwo z kimś!

Mała dziewczynka…. kobieta… matka… Cudnie mi z tym!

    Padający deszcz przy temperaturze -3 spowodował, że poczułam się jak butelka wódki siedząca w zamrażarce. Brrr… Na dodatek śnieg przysypał tę iskrzącą się skorupę lodu. Brrr.. I jak to co roku bywa „zima zaskoczyła” służby miejskie! Oj! Oj! Autobusy nie zostały wyposażone w łyżwy ani inny sprzęt, który pozwoliłby wślizgnąć się pod górkę, ani zjeżdżać w dól po drodze zamienionej w lodowisko…Pełno ludzi na przystankach, rozgrzewających się nadzieją, że zaraz nadjedzie upragniony środek lokomocji…

   Jadąc w kierunku centrum miasta swoim ulubionym i wymarzonym 4X4 pomyślałam, podzielę się moim komfortem :) Na przystanku stała samotnie, szczelnie owinięta szalem kobieta. Zawiewało śniegiem, autobusu zero i żadnych widoków na transport. W ręku trzymała elegancką torebkę i skórzaną teczkę na dokumenty. Pomyślałam sobie, że jedzie do pracy, albo na jakieś spotkanie. Zatrzymałam się. Zaprosiłam do wspólnej podróży do miasta.

- Ale, że ja?- spytała zdziwiona. -Tak. Zapraszam do wspólnej, krótkiej podróżny-odpowiedziałam. Wsiadła komentując, że to niespotykane, aby kierowca tak się zachował:)

    Piętnastominutowa podroż minęła nam na bardzo przyjemnej rozmowie. Pani W. okazała się przesympatyczną i ciepłą kobietą, co wprawiło mnie w fantastyczny nastrój na resztę dnia. Wymieniłyśmy wizytówki :). Obiecała, że zaprosi mnie  na herbatę „na Bałkany” :), czyli do swojego nowego mieszkania, gdzie jak się śmiała, mieszka jak Rumun -na kartonach. Czuję, że jest to początek niezwykłej znajomości, bo przecież wszystko dzieje się „po coś” :)

   Dzięki za ten śnieg i mróz. Dzięki za opóźnione autobusy i za moje 4X4:)

” Życie jest małą ściemniarą….cwaniarą… plącze nam drogi i mówi idź”.. (Feel)

 

Zaczynaj z wizją końca

0

    Dziękuję Wszystkim za podzielenie się swoimi przemyśleniami i komentarzami na temat poprzedniego wpisu o wychowaniu i wartościach, którymi dzisiaj kieruje się świat.

   Dla mnie najcenniejsze jest to, że utwierdziłam siebie i swoją córkę w przekonaniu, że inni cenią to co my i że warto zawalczyć o obronę tego, co stanowi o „ludzkości”.

     Pracując jako coach z młodymi menadżerami, którzy naczytali się rożnych podręczników o sukcesie i wielkiej kasie, opowiadam im często „indiańską przypowieść”.

  Do starego wodza przychodzi młody Indianin, który po jego śmierci ma zostać wodzem i mówi:

   - Wodzu boję się. Czuję się niepewnie. Nie wiem jak mam postępować jako wódz. Z jednej strony jest we mnie miłość, ciepło, honor, duma. Rodzina jest dla mnie świętością. Kocham i chcę być kochany.  Chcę dbać o moje plemię. Z drugiej strony, świat wymaga podbojów, zdobywania nowych terenów. Wojna to  agresja, śmierć, niebezpieczeństwo, walka, wyniszczenie.  Jakim mam być wodzem?

Stary wódz spojrzał na młodego Indianina przenikliwymi oczami i powiedział:

- W każdym z nas mieszkają dwa wilki. Jeden biały, spokojny i uległy. Kochający i czuły. Charyzmatyczny i dumny. Drugi szary, dziki i agresywny. Szukający przeciwnika do walki, bo dla niego liczy się władza i zdobywanie. On upatruje swoją siłę w agresji i zabijaniu. Oba wilki toczą ze sobą odwieczną walkę w człowieku.

- I który wygrywa? – Spytał młody Indianin.

-Ten, którego będziesz karmił.

Na deser wszystkim „młodym wilkom” polecam książkę  S. Convey’a  ” Siedem nawyków skutecznego działania”.  To biblia współczesnego, świadomego człowieka.

   Jeden z najbardziej wpływowych ludzi Ameryki.  Doradza i szkoli menedżerów z listy 500 największych firm Forbsa. Wskazuje, jak – kierując się wewnętrzną uczciwością, poszanowaniem innych, a przede wszystkim świadomością tego, co najważniejsze, a nie tego, co pilne – doprowadzić do erupcji własnych możliwości i tworzyć synergię, oznaczającą zwielokrotnione efekty wspólnych działań. Wypracowanie owych siedmiu nawyków prowadzi do twórczych zmian wewnętrznych, kształtowania trwałych relacji z innymi, inspirującego przywództwa na poziomie osobistym, interpersonalnym i menedżerskim.  Swoje tezy ilustruje barwnymi, wiarygodnymi przykładami zaczerpniętymi z własnych doświadczeń.” POLECAM!

Napisał w niej: „Zaczynaj z wizją końca”.  Idąc po trupach do celu, kierując się „zasadą o braku zasad”, warto zastanowić się, jak wyglądałby nasz pogrzeb, gdybyśmy umarli…. jutro.

 PS. Mam wspaniałą córkę, która nawet jak dostanie po głowie wie, że ją przytulę. Ja też wiem, że ona potrzyma mnie za rękę, jak będę tego potrzebowała.